piątek, 5 sierpnia 2016

Tryptyk - Day Two

Noc w namiocie!  

Pobudka przed 6 rano, wschód słońca nad łąkami, śniadanie na trawie, a potem dzień pełen zapachu skoszonej trawy. 

Pod wieczór, po pracy jest nagroda. Wyprawa po okolicy, wśród zaoranych pól, pól pełnych owsa, łanów nawłoci, przez brzozowe zagajniki ...






Niestety, to dla myśliwych :-(  Pełno tu saren, można spotkać młode jelonki, dziki.






I nagle wśród tego bogactwa jeszcze i taki widok.  Czas tu stanął w miejscu, tylko szkoda że niszczy takie cuda.






Brzozy, brzozy, brzozy... 



A w brzozowych zagajnikach leżące pnie młodych brzózek kuszą by zabrać je na brzozowy płotek. No to zabieramy ;-)

 
Jak dobrze że jeszcze nie trzeba wracać. Jutro kolejny dzień w Borkowie.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Tryptyk - 3 dni w Borkowie i okolicy. Day One.

We wtorek rano - z namiotem już w samochodzie - ruszyłam do Borkowa wieszać tablicę. To był plan minimum, a maximum to było ho, ho ... ;-) Mieszkanie w namiocie to dla mnie powrót do korzeni, bo od dziecka byłam zaprawiona w wędrówkach po Bieszczadach w latach 60-tych, kiedy cywilizacja niemal jeszcze tam nie dotarła, potem żeglarstwo i namiotowe życie na Mazurach w latach 70-tych, zatem namiot to dla mnie drugi dom. 

No ale tablica jeszcze nie wisi ! Jadę wieszać.

Jak zwykle miałam szczęście, minutę po mnie pod bramą stawił się sąsiad Pan Marek i wspierał zarówno w wyczynach na drabinie jak i w sztuce wiązania węzłów. Bo chociaż ja żeglarka, to z węzłami u mnie słabo niestety.

No i wisi!






Potem była organizacja obozu, namiot, ognisko, prowiant ...


Ognisko wymaga oprawy. Wciąż nie znajduję czasu i sił, by to zrobić. A ma być obkopany okrąg z ramą z kamieni polnych.



A potem praca u podstaw, bo jednak wypoczynek najlepiej smakuje po dniu ciężkiej pracy. A że od miesiąca staw nieczyszczony, było co wyciągać. 

Głównie niestety nadal moczarka, trochę glonów, trochę trzebienia pałki i oto staw znowu lśni, a lilia z kolejnym kwiatem.



A potem wieczór, ognisko i grill


I kolejny dzień w Borkowie nazajutrz. A jaki ciekawy ;-) Relacja jutro.

niedziela, 31 lipca 2016

Projekt 'Tablica'

Ten pomysł miałam w głowie od dnia, kiedy stanęła w Borkowie ta sosnowa brama z bali


Zawsze widziałam tam podwieszoną na sznurach tablicę z wypalonym napisem 'Bobrowy Borków'. A że brama stanęła ponad dwa lata temu, no to trochę to trwało zanim udało mi się ten pomysł zrealizować. Ale - jak mówi znane przysłowie i to w wielu językach tak samo - 'Lepiej późno, niż wcale' , wreszcie tablica jest, tylko jeszcze nie wisi.  Zawiśnie na konopnych sznurach już we wtorek, kiedy wraz z namiotem jadę trochę pomieszkać w mojej głuszy.

A że to rękodzieło i to własnych rąk, oto historia powstawania finalnego produktu.

Od dawna hołubiłam pewną deskę, która przyjechała na palecie z drewnem oflisowym. Te oflisy (obliny) to jakoś jest moja słabość. Lubię te toporne obrzynki z bali sosnowych. Deska czekała, aż wreszcie przywiozłam ją do domu i zaczęłam realizację projektu 'Tablica'. Deska wymagała oszlifowania, ale najważniejszy był napis.  Powstał na komputerze, wydrukowany i przeniesiony na deskę zapoczątkował dalsze prace.




Napis był, ale z racji środkowego sęka, który chciałam zachować nienaruszony, układ napisu był nieco zwichrowany w stosunku do powierzchni deski. Wymyśliłam bobra na końcu napisu. Znalazłam kilka fajnych rysunków bobra.





Wybrałam, naniosłam na deskę.



 Teraz to już był etap pirografii, czyli wypalania na drewnie. Narzędzia niby są szeroko dostępne, ale te profesjonalne z właściwą temperaturą końcówek, to niestety spory koszt. Ostatecznie po przeanalizowaniu dostępnej oferty kupiłam .... chińską lutownicę o nazwie niemal bliskiej, bo Dedra ;-) 

Oto moja work station


I połowa napisu gotowa. Przyznam od razu - lutownica to jednak nie pirograf, ale że w sumie chodziło o dość prymitywny produkt pasujący do całości borkowej rzeczywistości, mnie ten efekt zadowala.




I produkt finalny.


Po powrocie z Borkowa zaprezentuję, jak to wygląda na bramie. Wszelka krytyka dozwolona ;-)

czwartek, 21 lipca 2016

Suchy strumień po remoncie ;-)

Ale najpierw Żaba. Zapewne żaba wodna, ale u mnie jest tyle gatunków żab, że nawet nie próbuję ich jeszcze odróżniać. Poza tym są zwykle za szybkie, bym mogła je sfotografować. Ta leniwie wygrzewała się w słońcu, ale też z trudem zdążyłam z tym zdjęciem.


A teraz suchy strumień. Jest ich u mnie kilka, bo to cały system stworzony do odprowadzania nadmiaru wody, kiedy pada długo, albo na wiosnę, po roztopach. Przez większość roku strumienie są właśnie suche, ale niezwykle sprawdzają się przy nadmiarze wody. 

Powstały w kwietniu 2015 roku i wtedy ten 'remontowany' dzisiaj wyglądał tak

 
Jeszcze nie obrośnięty, świeżo po kopaniu, wkrótce bo już miesiąc później po raz pierwszy wypełnił się wodą


 Pięknie obrośnięty cieszył widokiem całe lato. Dostał też nową kładkę.

 
 Niestety na wiosnę tego roku zaczął zarastać i dzisiaj wyglądał tak


Usunięcie trawy i innych roślin wymagało niestety usunięcia maty, na której zostały ułożone kamienie. To była czarna agro i niestety posłużyła jako doskonałe podłoże do kiełkowania wszelkich traw. Do tego przestrzeń między kamieniami wypełniłam drobnym żwirkiem przemieszanym z piaskiem. Wyrywana dzisiaj mata wyglądała jak gotowy trawnik. Po usunięciu najpierw kamieni - gigantyczna praca - a potem maty, położyłam teraz taką matę z tworzywa sztucznego z zielonymi paskami. Mam ją pod otoczakami wokół domku na Młocinach i nic na niej nie rośnie. Może i tu się uda.

A oto wygląd strumienia pod koniec dnia. Jeszcze wymaga dopracowania, ale tym razem nie użyłam żwirku. Tylko kamienie polne i tłuczeń.



Staw jak zwykle



Brama jeszcze otwarta zaprasza


A i widoki wokół też chyba zachęcają ;-)



Pozdrawiam z mojego końca świata, gdzie trudno trafić, gdzie nawet drogi nie ma, gdzie towarzyszą mi ptaki, żaby, jaszczurki i ta cała nieokiełznana natura.