Stało się! Kawałek łąki skoszony.
Chociaż żal, nie ma wyboru, kosić trzeba. No to skosiłam. Nie wszystko oczywiście, bo po pierwsze miałam inny plan, a po drugie skoszenie i uprzątnięcie 1200 mkw to nie jest praca dla starszej pani na jeden upalny dzień ;-) Chyba - jak sądzę - raczej na 4 dni.
Ale oto efekt końcowy z dzisiaj.
Ale oto efekt końcowy z dzisiaj.
Zanim jednak było tak, było nieco gorzej ;-) Tutaj już po koszeniu, przed grabieniem.
Trochę zgrabione
Po usunięciu ściętej trawy trzeba było kosić jeszcze raz, bo zostało sporo miejsc, gdzie nawet trójząb nie dawał rady. Kilka razy kosa została zablokowana przez nawinięte na ostrze trzciny. Te okazały się najtrudniejsze do ścinania. Generalnie koszenie taką kosą - bez reklamy ;-) - to żadna sprawa. Gorzej z uprzątnięciem pokosu.
Do tego kupiłam sobie super szelki. Kosa wisi na biodrach a jej ciężar jest kompletnie nieodczuwalny. W porównaniu do zwykłego pasa przez ramię to po prostu ..... no nie ma porównania. Poza tym opanowałam już całkowicie obsługę kosy - smarowanie, mieszanki, montowanie ostrza, uruchamianie - już mnie to nie stresuje, ale początki były trudne ;-) Teraz uwielbiam kosić !
A i podjazd wykosiłam.
Jeszcze sporo traw przede mną ;-)
Staw poza moczarką, której znowu wybrałam kilogramy raczej czysty,
A w domu, u portierów czekała paczka z nowymi roślinami. Znowu błyskawiczna dostawa cudnych roślin z Rzeszowa od Pana Szeli. Co za rośliny! Tu już podlane czekają na tarasie. A na tarasie busz ;-)


























































