No bo dotąd jakoś wszystko szło po mojej myśli. Żadnych niespodzianek, żadnych zaskoczeń czy przykrych zdarzeń. Do dzisiaj.
Zawsze - o czym już pisałam - ten moment zbliżania się do Borkowa jest nieco stresujący. Jestem tam raz w tygodniu, wiele może się zdarzyć, kiedy mnie nie ma. Kiedy podjechałam pod sosnową bramę bramę dzisiaj, na pierwszy rzut oka wszystko było na miejscu.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że coś jest inaczej. Po wyjściu z samochodu już wiedziałam - została skoszona trawa przed moją działką, co w sumie nie moja sprawa, gdyby nie kolosalny śmietnik na moim kamienistym podjeździe. Ale to jeszcze bym zniosła. Wszystkie trawy bujnie zdobiące mój płot także zniknęły, a z nimi posadzona wierzba mandżurska.
Oczywiste bezprawie, bo to teren mojej działki i nikt tam nic nie powinien robić. Zaraz też po moim pojawieniu się w Borkowie przyjechał na rowerze dawny właściciel działki, wyraźnie zmieszany i z pytaniem, czy mam pretensje. Ledwie się dało dogadać, bo człowiek wiekowy i jakoś mało rozumie, więc tylko powiedziałam, by więcej niczego nie kosił na mojej działce i zabrałam się za sprzątanie.
A było co robić, bo suche trawsko leżało wszędzie, a wybieranie tego z kamienistego podjazdu to po prostu szkoda słów :-( Trzy godziny dodatkowej pracy, zamiast zajmowania się stawem!
Co skłoniło człowieka do tego skoszenia, nie wiem. Może uznał, że jak inni 'miastowi' kosza trawę, to u mnie też ma być skoszona. Pewni chciał dobrze, a jedynie szkody z tego. Samo życie.
Teraz mój płot taki łysy ;-)
Trawy odrosną, ale żal mi tej mojej wierzby. Hodowałam ją z gałązek, był już całkiem spora, nadal liczę, że odbije z korzeni, ale została tak zmasakrowana kosiarką rotacyjną, że nie jestem pewna.
No cóż, tak to jest z życiem na wsi. Chociaż kocham ten klimat wiejskich obrazków, wiele bym dała za to, by mieszkańcy wsi dorównywali tym obrazkom, a jaka jest prawda, wie każdy, kto na wsi bywa.
A wiejskie obrazki są cudne, nawet jak nieskoszone żyto kladzie się po deszczu. Inna sprawa, że mokrego zboża się nie kosi.
A staw?
Ano ciąg dalszy pracy u podstaw. Efekty? Jak widać. Nic spektakularnego jak zwykle, ale jakiś tam kroczek do przodu. W sumie 8 godzin ciężkiej fizycznej pracy, na szczęście pogoda była wspaniała, nie upał, tylko ciepło, chmurki, deszczyk, wiaterek...ideał!
Spadzisty brzeg wyrównany, wysypany piaskiem, nowe stanowisko na ognisko też zrobione. Dodam, że piach mam na hałdzie jeszcze po wykopaniu stawu i jedyna forma transportowania tegoż, to jest noszenie go w wiadrze. Przeniosłam dzisiaj około 50 wiader piachu, a drugie tyle co najmniej jeszcze czeka.
I mój nowy głaz nad stawem. Siedzę tu sobie i moczę nogi po pracy ;-) Dodam, że woda w stawie jest brudna, ale czystym brudem ;-) jak twierdzi mój sąsiad. Bo to nie jest zanieczyszczenie szkodliwe dla człowieka, to tylko błoto o bagno, a jak wiadomo, ludzie wielkie pieniądze płacą za kąpiele błotne. Ja je stosuję co tydzień z braku wyboru ;-) Skórę mam jak atłas! A wszystkie skaleczenia podczas pracy tutaj goją się niezwykle szybko, co jak dla mnie jest ewenementem, bo zwykle rany paskudzą mi się tygodniami.
I jeszcze tylko białe Krwawniki. Te czerwone u mnie na Młocinach uzasadniają kolorem swoją nazwę ;-) ale te białe też mają swój urok, nie zapominając o ich leczniczych właściwościach. Wygląda na to, że ta moja łąka to żywa apteka, bo co i rusz dowiaduję się o cudownych właściwościach kolejnych roślin, których u mnie dostatek.
Zawsze odjeżdżam z żalem, ale zawsze zabieram zdjęcia z ostatnich chwil, by potem patrzeć na to moje poletko chociaż na ekranie komputera ....

















































