Trzeba wiele konsekwencji i uporu, by zrealizować cokolwiek. No chyba że zakupy w centrum handlowym ;-). To akurat łatwizna, o ile nie trafi się nam nowa niedziela. Inne poczynania - przynajmniej w moim wydaniu - to droga pod stromą górę. Pisałam niedawno, że mam w planie mały projekcik budowlany i bez drewna nic nie zrobię.
Dzwonię do tartaku codziennie i codziennie słyszę: jutro, Pani Krysiu, jutro.
Zawsze jest jutro, aż wczoraj miało być dzisiaj.
Od rana siedziałam w Borkowie czekając na dostawę z tartaku. A że dzień afrykański pod względem pogody, postanowiłam oszczędzać siły na później. Łaziłam po okolicy, robiłam zdjęcia, płoszyłam bociany i czekałam.
Czas mile spędzony. Takie cudo obok mnie rośnie.
Głównie jednak rosną brzozy i nawłocie.
Zewnętrzne spojrzenie na posiadłość ;-)
A tu moje własne brzozy za płotem
Potem znowu zdjęcia, ale już u mnie.
Siewki rudbekii od znajomej. Niemal każda inna, a jedna całkiem 'kudłata' ;-)
I nowe ozdoby tarasowe. Zdobyczna makownica.
Ankh - dzieło mojego syna w czasach szkolnych. Wyrzeźbił dla mnie. Piękny symbol, bezcenna pamiątka, teraz nie tylko ozdoba, bo to też potężny talizman.
Czas płynął, drewna ani śladu. No to dzwonię znowu do tartaku i słyszę: no nie dam rady, Pani przyjedzie i zabierze słupki, przecież to malizna. No to co miałam robić?
Pojechałam i przywiozłam. No malizna! 10 kantówek 12x12 o długości 2 metrów! Biedny fordzik, jak on ze mną wytrzymuje;-)
Wypakowane, teraz to jeszcze przetransportować nad rzeczkę, czyli spacer z belką od bramy do furtki, 60 metrów razy 10. W temperaturze 39 stopni, jak pokazał termometr w samochodzie!
Tyle że to tylko słupki. Czeka mnie walka o deski, a tych sama nie przywiozę. Belki nad rzeczką czekają do soboty.
Cześć misiunio, do zobaczenia ;-)